Strona gwna
Aktualnoci
     ·Siostry B.
     ·Nasi sublokatorzy
     ·Informacje oglne
Ranking wystawowy
Filmy i filmiki
Bankiwa
     ·O mnie
     ·Mój rodowód
     ·Pamiętnik Bankiwy
     ·Championat Polski
     ·Championat Łotwy
     ·Championat Litwy
    ·Wyniki wystaw
Bonari
     ·Krótko o mnie
     ·Mój rodowód
     ·Mł. Championat Polski
     ·Championat Polski
     ·Championat Łotwy
     ·Championat Litwy
    ·Wyniki wystaw
Galerie
Kontakt z Siostrami
Forum
Linki

Licznik odwiedzin
 
dzisiaj: 47
w tym miesicu: 330
w tym roku: 2795
oglnie: 155216

od dnia 9-01-2005

ZKwP Biaystok
  Pamiętnik Bankiwy

PAMIĘTNIK BANKIWY


Nazywam się BANKIWA Quendi Rivendell. Bankiwa to moje imię (ale mówią na mnie Banki, a Mój Pan najczęściej mówi Bankisia, ładniutko prawda?), a "Quendi Rivendell" to nazwa Amatorskiej Hodowli Owczarków Belgijskich, którą zajmuje się ciocia Ania. Jest to baaaaardzo stara hodowla. Istnieje już od 1992 roku! Ja też - oczywiście - jestem owczarkiem belgijskim. Mam całe futerko czarniutkie, bo jestem groenendael'em (ludzie - a właściwie nie tacy zwykli, normalni ludzie tylko "belgomaniacy" - nazywają nas "gronkami"). O naszej rasie możecie dowiedzieć się więcej z Polskiej Bazy Owczarków Belgijskich, którą prowadzi Ciocia Marta. Milutko napisał też o nas Belgomaniak Mareczek, który też zajmuje się "gronkami" i to jego stadko tak fajniutko się nazywa: "Czarny charakter", hi, hi, hi...
Dlatego Bankisia nie będzie tu się rozpisywała o tym, co inni już dawno i duuuużo lepiej napisali...
Urodziłam się 23 września 2003 r. Mam jeszcze trzy siostrzyczki i jednego braciszka. U cioci Ani zostały jeszcze moje dwie siostrzyczki: Barsa i Bona. Moja mama to Oroya, a tata to Blackberry Lakka. Bardzo lubiłam też moją babcię Chilę. Jestem do niej bardzo podobna: też uwielbiam się łasić, tulić i pieścić... Jestem baaaaardzo grzeczna! Tak grzeczna, że przez prawie dwa tygodnie nic nie "zjadłam" w moim nowym domciu (poza suchą karmą oczywiście), a raz jak zostałam sama to tylko wzięłam sobie taką starą gazetę, którą pan zostawił przy kominku... Nnnooo... i raz ząbki "zaczepiły" mi się o takie falbaneczki (teraz wiem, że to nazywa się serwetka i leży zwykle na stoliku), pociągnęłam ją i narobiłam straaaasznego huku, bo stała na niej taka duża, ciężka popielniczka, która się rozprysnęła w drobniutkie kawałeczki.... Ale to było "niechcący"... Teraz mieszkam sobie w nowym domciu, mam duuuuży ogródek, w którym mogę sobie pobiegać i bardzo to lubię. Ale po kolei...
Opowiem Wam jak tu trafiłam i jak minęły mi pierwsze dni....

Tydzień Pierwszy
1 - 7 lutego 2004 roku


1 lutego 2004 roku (po południu)
Była to niedziela, po południu. Do domku, gdzie mieszkałam przyjechał Obcy Pan, Obca Pani i Obca Młoda... Inaczej pachnieli niż ciocia Ania... Trochę się bałam i nie chciałam do nich przyjąć, nie to co mojej siostry Bona i Barsa, czy babcia Chili albo mama Oroya... One od razu poszły zobaczyć kto to i powąchać obcych... Ale ta Obca Młoda była miła i czułam, że od razu mnie polubiła... To do niej przyszłam, nie tak całkiem blisko, ale tak, że mogła wyciągnąć rękę i mnie pogłaskać... Obcy Pan i Obca Pani rozmawiali z Ciocią Anią. Wiedziałam, że rozmawiają o nas i że jedna z nas pojedzie gdzieś w "nieznane"... Było mi trochę smutno... Ci Obcy byli u nas bardzo długo, kilka godzin i czułam swoim małym noskiem, że do końca nie mogą się zdecydować, którą z nas wezmą. Słyszałam jak ciocia Ania powiedziała, że ja jestem najbardziej "nieufna" (co to znaczy "nieufna"? To taki "cykorek"? Aha, no tak ja jestem trochę taka, troszeczkę się boję, ale jak urosnę to mi przejdzie..., na pewno!), ale najspokojniejsza (wow!) i największa "pieszczocha" (wow!)... No pewnie, a kto by nie lubił się pieścić... A taka spokojna to ja wcale nie jestem (jak to "belg" :-)))), ale naprawdę jestem baaardzo grzeczniutka...). Kiedy tak siedzieliśmy w pokoju u Cioci Ani, w końcu dałam się pogłaskać i Obcemu Panu i Obcej Pani. Tak "źle" nie pachnieli... Czułam jakiegoś psa i kota... To pachniało atrakcyjnie... W końcu Obcy Pan spytał Obcej Młodej, która z nas chciałaby najbardziej (bo piękne to my jesteśmy wszystkie!!!), która z nas najbardziej przypadła jej do serduszka... Obca Młoda jeszcze nie zdążyła odpowiedzieć, ale ja już wiedziałam! Wiedziałam, że zaraz padnie imię: BANKIWA! I stało się! Trochę się ucieszyłam i zaraz zrobiło mi się baaaardzo smutno... W końcu będę musiała rozstać się z moim stadkiem... pojechać w nieznany świat... jak mi tam będzie? czy będą dla mnie dobrzy? czy jeszcze kiedyś zobaczę się z moimi siostrzyczkami, mamą, babcią i Ciocią Anią? Nawet nie przemknęło mi przez mój mały czarny łepek, że z jedną z siostrzyczek już wkrótcę się spotkam i będziemy prawie zawsze razem!!! J). Ciocia Ania dała Prawie Obcemu Panu moją czerwoną piłeczkę, szmatkę na sznurku, którą sobie szarpałyśmy z siostrzyczkami, szmatkę z legowiska i nasypała w torbę "chrupeczek", które jadłam. Ciocia Ania zapięła mi też taką czarną obróżkę z czerwoną kokardką... a potem wzięła mnie na ręce i zaniosła do takiego dużego warczącego "stracha", położyła mnie na takim miękkim siedzeniu, a koło mnie siadła Prawie Obca Pani... Zaczęła mnie głaskać po łebku... Było mi smutno... Położyłam się i Prawie Obcy Pan ruszył... w nieznany Bankisi świat... Jak tam mi będzie? Położyłam swój łepek na kolanach Prawie Obcej Pani, która cały czas głaskała mnie i tak miękko i ciepło do mnie mówiła i w końcu zasnęłam...

1 lutego 2004 roku (wieczorem)
Jechaliśmy baaaaardzo dłuuugo... Do nowego domciu przyjechalam już wieczorem. Było ciemno. Byłam bardzo zmęczona i bałam się... Kiedy weszłam do nowego domu czekała mnie następna niespodzianka! Prawie Obcy Pan, Prawie Obca Pani i Prawie Obca Młoda to nie było jeszcze całe moje nowe stadko... W domu przywitał mnie jeszcze taki Obcy Młody i Takie Małe Miauczące Paski. Coś takiego było też w domu Cioci Ani... Zaraz jak to się nazywało? Aha, już pamiętam: to był kot! To tutaj zaraz uciekło na schody i stamtąd przyglądało mi się. Obiegłam zaraz cały dom, obwąchałam wszystkie kąty i w jednym znalazłam dwie miseczki. W jednej było mleczko a w drugiej smaczne chrupeczki. Z tych nerwów zaraz wszystko z tych miseczek "wyczyściłam"... Już Prawie Mój Pan przygotował mi legowisko, ale ja wybrałam sobie inne miejsce, z którego mogłam widzieć wszystkich: Prawie Moją Panią, Prawie Moją Młodą i Prawie Mojego Młodego. To pasiaste już nie zeszło tego dnia ze schodków, tylko poszło gdzieś na górę (Bankisia tam jeszcze nie była...).
Aha, zapomniałam jeszcze o jednym: wieczorem, kiedy już obwąchałam wszystkie kąty w nowym domu, poznałam całe stadko i pojadłam smacznych chrupeczek Pasiastej Marujki, pobaraszkowałam z Już Moim Panem na podłodze... Ale to była frajda! Tarzaliśmy się z tym moim "basiorkiem" na dywanie, a ja go lizałam po jego "pyszczku" i podszczypywalam mu uszko... E, chyba nie będzie mi źle w tym nowym domciu... Potem jeszcze pobiegaliśmy po ogródku i kiedy Bankisia załatwiła już wszystko co miała tam do załatwienia, wróciliśmy do domu. Już Mój Pan nasypał mi do miseczki moich chrupeczek (smakowały tak samo jak chrupeczki u Cioci Ani) i kiedy sobie pojadłam poczułam się baaaardzo zmęczona i zasnęłam.

2 lutego 2004 roku
Pobudka

Dzisiaj obudziłam się tak jak zwykle budziłam się u Cioci Ani, ale w tym domciu wszyscy jeszcze spali. Chyba dla mojego nowego "stadka" to było za wcześnie, bo Już Moja Pani powiedziała potem Już Mojemu Panu, że obudziłam ją o 5,30. Musiałam przecież zrobić im pobudkę, bo chciało mi się siusiu... Już Moja Pani wyszła ze mną do ogródka. Tam sobie pobiegałam, zrobiłam wszystko co trzeba i wróciłyśmy do domu. Zanim Już Moja Pani się rozebrała, Bankisia wskoczyła jej do łóżka... :-))) Ale Moja Pani była zdziwiona... i chyba niezadowolona, bo kazała mi czmychać na moje miejsce.... No tak, niech jej się nie wydaje, że to Ona będzie tu waderą... Jeszcze zobaczymy.... Dlatego jeszcze trochę się z nią podroczyłam, tak żeby zdążyły mi się chociaż łapki zagrzać, no i żeby nie pomyślała sobie, że z Bankisią to tak łatwo... Poszłam w końcu na swoje miejsce. Jeszcze trochę się zdrzemnęłam... Kiedy całe "stadko" już powstawało na dobre zaczął się ten baaaaardzo dziwny dzień... Oj, dużo dziwnych rzeczy się działo! Zjadłam sobie moje śniadanko, a potem Mój Pan wyszedł ze mną na spacer. Co to był za spacerek! Najpierw byliśmy w ogródku i ganialiśmy się i bawiliśmy się piłeczką, którą Bankisia dostala od Cioci Ani. Mój Pan rzucał piłeczkę, a Bankisia ją przynosiła do Pana i Pan ciągle mówił wtedy "aport" i do pyszczka Bankisi "wpadały" takie małe pyszne smakołyki.... To chyba właśnie są te "aporty" , prawda? Baaardzo mniamuśne są te "aporciki". Kiedy się tak bawiliśmy z Moim Panem Bankisia zobaczyła Pasiastą Marujkę, która też wyszła do ogrodu (chyba przez okienko w garażu, bo drzwi do domku były zamknięte...). Tego było już za dużo! Co to to nie! Pogoniłam Pasiastą na drzewo... Chyba trochę za bardzo ją wystraszyłam, ale w końcu w ogródku nie ma miejsca dla psów i kotów na raz, prawda? Bankisia nauczyła się tego od mamy, babci, taty i dziadka... Teraz też Bankisia wygrała Tak było u Cioci Ani i tak będzie tutaj, jakem Bankisia!!!
Potem było już mniej wesoło i na pewno dużo mniej "smacznie".

... zabawa w ogrodzie
Mój Pan przypiął mi moją obróżkę a do niej coś takiego czego drugi koniec trzyma w swojej łapie, ale to coś się wydłuża i mogę sobie nawet trochę pobiegać. Dalej bawiliśmy się jeszcze trochę w ogrodzie: uciekałam Panu i zaraz do niego przybiegałam. Już trzy razy przybiegłam jak zawołał mnie do siebie i zawsze dostałam coś baaardzo pysznego. To coś chyba nazywa się "noga", bo pan jak mnie wołał to tak mówił: "noga". Bardzo smaczna jest ta "noga". Mniamm...
Ta zabawa niestety nie trwała długo...

Wyprawa do miasta...
Pan zaprowadził mnie znowu do tego dużego warczącego "stracha".
Pojechaliśmy gdzieś, gdzie było baaardzo duże i baaardzo dziwne stado, które chyba się nie lubiło, bo każdy gdzieś się spieszył, każdy w inną stronę, było mnóstwo takich warczących "strachów" jak ten, którym Bankisia jeździła z Panem, było bardzo głośno i strasznie. Mój Pan powiedział, że to jest miasto, te "strachy" to samochody, a to dziwne stado to ludzie. Chodziliśmy z Panem po czymś takim twardym i zimnym. Kiedy tak chodziliśmy i Bankisia się rozglądała na wszystkie strony w pewnym momencie zobaczyłam takie straszne, hałasujące dziwadło: był to taki "ludź", ale inny: cały pomarańczowy i machał takimi blachami na kijach, którymi głaskał to po czym z Panem szliśmy i robił mnóstwo hałasu... Wtedy Mój Pan powiedział, że ten "ludź" odśnieża i zamiata chodniki (ten "chodnik" to właśnie to coś po czym chodziliśmy!), a te blachy na kijach to były: szufla i miotła... Teraz już Bankisia wie co to jest i do czego służy! Podobne stoją w naszym domciu obok garażu...

... i wizyta u Pani Doktor...
Potem znowu Mój Pan zaprowadził mnie do tego strasznego samochodu... Ale Bankisia się tak go boi, że nie chce do niego wsiadać... Pan musiał Bankisię wziąć na rączki i włożyć do środka. Ale nie to było tego dnia najgorsze!!! Pan pojechał z Bankisią do takiej "cioci"... Ta "ciocia" była na początku baaaardzo miła, ale dopiero potem okazało się jaka była niedobra! Pan powiedział, że to jest Pani Doktor... Najpierw Bankisię głaskała, ogłądała i cmokała, a potem - nie wiadomo po co - wcisnęła mi do pyszczka taką obrzydliwą, żółtawą pastę, fuj... fuj... fuj! Mówiła, że to jest konieczne, żeby Bankisia nie miała jakichś tam "robaków" (co to jest, te "robaki"?). Ale to jeszcze nie koniec! Ta niedobra "ciocia" posmarowała mi grzbiecik jakimś strasznie śmierdzącym płynem!!! Że też "ludzie" zawsze znajdą jakieś usprawiedliwienie tego co robią z nami - pieskami... Tym razem powiedziała, że tak trzeba, żeby Bankisi nie pogryzły jakieś "kleszcze"... Bankisi jeszcze nikt nie pogryzł! Bankisia też ma zęby i może się sama "odgryźć" jak będzie trzeba! (tylko nie wiem co to są te "kleszcze"? Czy to jakieś takie dziwne psy?). Ale najgorsze było to, że nagle Mój Pan przestał mnie głaskać po grzbieciku. Dlaczego? :-((( Bankisia popatrzyła na Pana i wtedy Pan powiedział, że nie może mnie pogłaskać po grzbieciku, żeby kropelki się nie wytarły! Aha, to pewnie dlatego też tego dnia wychodziłam do ogrodu już tylko na tym czymś co Pan trzymał za drugi koniec (a, już wiem - Pan mówił na to "smycz"). No tak, ale Pasiasta Marujka to mogła sobie pobiegać w ogrodzie.... Niech no ja tylko jutro wyskoczę do ogródka i ją tam spotkam... To dopiero dam jej nauczkę... Popamięta Bankisię...

Bankiwa "Niejadek" i ... Alaskany
Kiedy wróciliśmy do domu, Pan nasypał mi do miseczki chrupeczki, ale zupełnie nie miałam ochoty na jedzenie... Chrupnęłam tylko kilka... Wieczorem też nie jadłam... Ale jak miałam jeść, jak ząbki mi się ruszały? i dziąsełka bolały jak coś ugryzłam? No jak? A Pan nic, tylko nasypywał i stawiał miseczkę i mówił żebym jadła... Sam niech sobie je takie twarde chrupki jak go będzie cały pyszczek bolał.... Wieczorem Pan dał Bankisi żółtko w miseczce... No, chociaż to Bankisia mogła wylizać... A poza tym Bankisi znowu zrobiło się trochę smutno... nie było tu mamy, siostrzyczek, babci...
Tęsknota i wrażenia z całego dzisiejszego dnia "zwaliły mnie" z łapek... Położyłam się na swoim ulubionym w tym domu miejscu i zasnęłam... Przespałam całe popołudnie i obudziłam się wieczorem. Wtedy zobaczyłam, że po schodach, z pięterka, schodzi Moja Młoda Pani, ale... z nią schodzą dwa psy!!! Prawdziwe Alaskany Malamuty! Podskoczyłam jak oparzona i zaczęłam na nie warczeć i szczekać! Dlaczego przyczepiły się do Młodej? To moja Młoda!!! Nagle Alaskany zniknęły... Zobaczyłam, że Młoda... trzyma je w ręku... Co za dziwy... Wcale się nie ruszały i pachniały jakoś tak inaczej, nie tak jak psy... Przyszedł Mój Pan, wziął od Młodej te Alaskany i postawił przede mną, poklepał je i dał mi je powąchać. To ci dopiero niespodzianka!!! One nie pachniały psami tylko... Moją Młodą Panią! Pan wtedy powiedział, że to są kapcie Młodej... Aha, Pan też coś wkłada na swoje łapki jak chodzi po domu, tylko te jego to są klapki (Bankisia już je nawet poznała "bliżej" - trochę je pogryzła jak Pana nie było w domu...).
No tak, dziwne rzeczy... No cóż, może następny dzień będzie lepszy...? Tego wieczoru poczułam się znowu bardzo zmęczona... Zasnęłam szybko i spałam do rana...

3 lutego 2004 roku
Nowa "znajoma" - smycz
Dzisiaj miałam bardzo dziwny dzień... Najpierw Mój Pan do mojej obróżki przypiął mi znowu takie dłuuuuugie "coś" (powiedział, że to "smycz"). Na początku było mi nawet fajnie: mogłam sobie pobiegać trochę, ale niestety nie za daleko. I tak sobie biegłam kawałek i przybiegałam do pana, biegłam kawałek i przybiegałam do pana... Trochę to nudne... Ale później poszliśmy z panem na spacer, poza nasz ogródek... tam gdzie wzdłuż drogi stoją inne domy, a za płotami w innych ogródkach, biegają sobie jakieś obce psy. Bardzo nieswojo się tam Bankisia czuła... Z tego wszystkiego "naszczekałam" wszystkim psom i teraz trochę mi głupio... że tak ze wszystkimi się pokłóciłam. Strasznie się tym wszystkim zmęczyłam... Wróciliśmy do naszego domu, gdzie mogłam się trochę uspokoić, napić wody i Mój Pan dał mi miseczkę z "bankisiowymi" chrupeczkami.

Kolejna wyprawa do miasta i co to są te "zdjęcia"...
Kiedy już pojadłam i odpoczęłam troszeczkę, Mój Pan znowu przypiął mi tą "smycz" i tym razem zaprowadził do tego strasznego warczącego "samochodu". Bankisia ciągle się go boi... i pan musiał mnie podnieść i włożyć do środka.
Pojechaliśmy znowu do tego "miasta" gdzie jest tyle tych różnych dziwnych "stad" biegających we wszystkie strony, dużo warczących, strasznych "samochodów"... Brrrrr... Bankisia tak tego nie lubi... W naszym ogródku jest tak fajnie: cichutko i spokojnie, można sobie pobiegać i najwyżej słychać miauczenie Maruji, albo szczekanie Bankisi... No, jeszcze czasem odezwa się psy u sąsiadów... A tu! Okropność! Chodziliśmy z Panem do różnych dziwnych miejsc, do których wchodziło się przez takie "ruszające się szklane ściany" ... Za każdą z tych "ścian" Bankisia zawsze widziała takiego samego psa... Ile jest takich psów jak Bankisia? Musi ich być straaaaaaasznie duuuuuużo... W jednym takim miejscu Pan kupił takie małe pudełeczko i powiedział Bankisi, że będziemy robić jakieś "zdjęcia" (co to jest to: "zdjęcia", czy jak się to zrobi, to potem można to zjeść, mmmnnniammm...?). W tym "mieście" było też dużo innych obcych psów, których Bankisia się trochę bała... Na wszystkie sobie szczekałam... niech sobie nie pomyślą, że tak naprawdę to ich się boję, niech sobie myślą, że Bankisia jest już bardzo groźźźna! A Mój Pan wcale nie pomagał Bankisi tylko jak były te straszne psy, to Pan ich chyba wcale nie widział i nawet nie słyszał, że Bankisia szczeka...! Dlaczego? A może nie trzeba się ich było tak bać, jak Pan się ich nie bał..., hmmm... ?

... i jak nauczyłam się wsiadać do samochodu...

No, ale nareszcie Pan się zlitował nad Bankisią i poszliśmy do tego naszego "stracha" czyli samochodu. Kiedy Pan otworzył drzwi, obok nas coś tak straaaaasznie "zaryczało", że z tego wszystkiego nie wiem jak, ale nagle sama znalazłam się w środku naszego samochodu!!! I wcale Pan mnie nie musiał do niego wkładać... To wcale nie jest takie straszne o wsiadanie do "stracha" i nic się takiego nie dzieje..., dziwne... No, teraz już mogliśmy pojechać do naszego domu, do ogródka... Bankisia nareszcie będzie mogła odetchnąć...
Ale okazało się, że to nie koniec wrażeń na dzisiaj... Kiedy przyjechaliśmy do domu i ledwo zdążyłam wysiąść i trochę pobiegać, przyjechał taki wieeeelki strach, jakiego jeszcze z bliska nie widziałam! A jak strasznie głośno warczał!!! Aaauuuuaaaa... Pan zaprowadził Bankisię do domu, ale nawet w domu słychać było, jak to coś wielkiego warczy, bo to coś podjechało pod sam domek.... Pan powiedział potem Bankisi, że to taki samochód, który przywozi olej do ogrzewania domu, żeby Bankisia nie zmarzła, jak będzie duży mróz... To Pan nie wie, że Bankisia się mrozów nie boi, bo ma śliczne, cieplutkie futerko ? Ale ten Pan gapa..., hi, hi, hi...
Nareszcie się uspokoiło. "Strach" już odjechał, ale znowu zaczęło się coś dziwnego... Pan zaczął chodzić po ogrodzie a potem też w domu z takim małym pudełeczkiem, które robiło tak: "pstryk" i coś tak mocno błyskało... Aha, to pewnie te "zdjęcia", ale jak to potem zjeść? Przecież nie widać, żeby z tego pudełeczka wychodziło coś do zjedzenia...

Robimy pranie...

No dobrze, niech Pan sobie chodzi i pstryka jak chce... a Bankisia pomoże Pani, bo Pani robi coś ciekawego z jakimiś szmatkami... Aha, Pani też lubi bawić się szmatkami jak Bankisia!!! Fajnie, pobawimy się razem... Pani wyrzuciła różne szmatki na podłogę w łazience, a Bankisia "cap" ząbkami za szmatkę i w nogiiii... Ale co to? Pani zebrała kilka takich szmatek i zaniosła je do takiego drugiego pokoju na który pan i pani mówią "pralnia" (tam jest takie warczące i szumiące "coś", Pan mówi, że to jest jakaś "pralka"). Ale Pani nie zabrała wszystkich szmatek, więc Bankisia złapała w ząbki ile się dało (to były same szmatki, które pachniały Panem!) i zaniosła Pani, a Pani wzięła je od Bankisi i tylko się śmiała... No dobrze, już dobrze, nie chcecie mojej pomocy, to nie...
O! Pan się ubiera! Idziemy na spacerek, idziemy na spacerek!!! Hura!
Wypadłam "jak z procy" do ogrodu i kiedy już załatwiłam wszystko co taka grzeczna sunia jak ja powinna zrobić , bawiliśmy się z Panem w "berka", wchodziliśmy po schodkach na taras, Bankisia łapała i przynosiła to małe, czerwone i okrągłe, na co "dwunożni" mówią "piłeczka" i którą Pan rzucał ... Fajnie było! Na "dobranoc" naszczekałam Sabie sąsiadów i wróciłam z Panem do domciu. Zjadłam swoje chrupeczki i położyłam się spać... Oj, było tego dnia duuuużo dziwnych wrażeń...

4 lutego 2004 roku
Kto "budzikiem", a kto "śpiochem"...i "piecuchem"

Dzisiaj stało się coś dziwnego... Kiedy się obudziłam zobaczyłam, że przy mnie jest Mój Pani i śmieje się i głaszcze mnie... Pani powiedziała, że jestem "śpioch"... A zawsze było tak, że to Bankisia stała nad Panią i musiała ją polizać, żeby otworzyła oczy... No dobra... trzeba wstawać i biegiem do ogródka, bo będzie "nieszczęście"... Biegiem, biegiem.... Uff, ulżyło mi... No teraz można pobiegać i rozprostować łapki! Hurra! No, trochę zimno w łapki... Kiedy już się wybiegałam Pani zawołała mnie do domciu. Oj, jak dobrze. Trzeba zagrzać łapki... gdzie to zrobić? O, już wiem... Zanim Pani się rozebrała Bankisia wskoczyła do Pani łóżka, hi, hi, hi... Takie cieplutkie... No, ale już idzie Pani i się trochę "marszczy", oho już słychać: "Baaankiii, a gdzie ty weszłaś" ... No dobrze, dobrze, już wyłażę... Wyskoczyłam szybciutko, bo właśnie usłyszałam, że na górze coś się "ruszyło" i pewnie Mój Pan zaraz zejdzie na dół! O, właśnie schodzi, schodzi, schodzi!!! Zawsze podbiegam do schodków, wchodzę przednimi łapkami na pierwszy z nich i macham swoim ogonkiem, żeby Pan widział jak bardzo się cieszę! Dzisiaj też tak było. Pan usiadł na podłodze i pobaraszkowaliśmy trochę, a przy okazji Bankisia musiała "umyć" Pana trochę...

"Belgijskie" sposoby na wyprowadzanie "w pole" (dosłownie i w przenośni)...

Potem było jak zwykle... Po spacerze i hulankach w ogrodzie wróciliśmy z Panem do domu. Bankisia trochę odpoczywała... Kiedy się obudziłam zobaczyłam, że Pan siedzi przy takim szumiącym pudełku i stuka w takie płaskie pudełeczko, które leży zawsze na biurku... Zamiast na Bankisię to Pan patrzy w takie duże świecące pudełko, które stoi też na biurku... No dobra... zaraz zobaczymy co ważniejsze: tamto głupie pudło czy Bankisia... I Bankisia podeszła do Pana, i kiedy Pan się obejrzał, stanęłam na środku pokoju, przykucnęłam... Ojej, ale Pan fajnie podskoczył! Wiedziałam, że tak będzie: "Banki, chodź szybciutko do ogródka!" Tak powiedział! A Bankisia tylko na to czekała i od razu pobiegła, bo tylko o tym marzyła!!! Cha, cha, już wiem jak się wychodzi do ogródka... W ogrodzie najpierw Pan chodził jakby nigdy nic... wcale nie chciał się bawić, ale Bankisia złapała piłeczkę, którą zostawiliśmy poprzedniego dnia na tarasie i tak długo biegała koło Pana, aż się wreszcie zlitował nade mną... i w końcu zaczęliśmy się bawić. Pan tylko powiedział do mnie; "ty mały potworze, małpiszonie jeden..." (co to jest ten "mały potwór, małpiszon jeden"? Czy to ja? A dlaczego? Chyba nie dlatego, że oszukałam Pana i wyprowadziłam go "w pole"?). Pan najpierw rzucał mi piłeczkę, a potem zaczął ją kłaść na schodkach tarasu, na który bałam się wchodzić... Spryciarz... Najpierw położył na najniższym, potem wyżej i wyżej, aż w końcu położył na tarasie, pod samymi drzwiami do pokoju... Myślał, że jestem taki "bojuch", że nie wezmę sobie piłeczki... Nic z tego! Dla piłeczki Bankisia zrobi duuuużo! No! Weszłam wreszcie na ten taras! No i co? Wcale nie takie straszne... O, ale tego to się nie spodziewałam! Skąd tu wziął się ten pies, taki sam jak Bankisia? Stał sobie jakby nigdy nic w... pokoju, z którego niedawno wyszliśmy z Panem... Naszczekałam mu, ale wcale się nie przestraszył i też na mnie szczekał... przedrzeźniał mnie, drań jeden...

Jak Panu opadły ręce i zaraz potem... szczęka:-)

Po południu znowu poszłam z Panem do ogrodu, ale teraz ja byłam sprytniejsza... Wyprzedziłam Pana i pobiegałam za dom, wskoczyłam na taras i czekałam, aż Pan podejdzie... Jak mnie zobaczył, to miał taką dłuuuuugą i dziwną minę... Cha, cha, cha... Ale się zdziwił... Potem się śmiał i powiedział, że jestem "chwalipięta" (co to jest ta "chwalipięta"?).
Wieczorem trochę się nudziłam, bo Pan coś znowu robił przy tych dziwnych skrzynkach (teraz powiedział mi, że te skrzynki to "komputer" i na tym "komputerze" Pan pracuje i opowiada na jakimś "forum belgomaniaków" o Bankisi i jeszcze coś mówił o jakimś pamiętniku... Nic z tego nie rozumiem... Co to jest to "forum belgomaniaków"? Czy ten "belgomaniak" to jakaś rasa psów? A co to jest ten pamiętnik? Zaraz, zaraz... to pewnie jest "to coś" co teraz Bankisia opowiada, tak? Acha....
No więc jak Pan siedział przy tym komputerze to Bankisia zobaczyła, że w pokoju stoi na podłodze torba tego Mojego Młodego - nierozpakowana! No ładne rzeczy! Tyle dni i nie miał czasu rozpakować swoich rzeczy. Ja go już nauczę porządku... Dziwne... Młody nie mógł tej torby rozpakować przez trzy dni, a Bankisia rozpakowała ją w minutkę...hi, hi, hi... Ale będzie miał minę...
Oj, chyba Pan doszedł do wniosku, że za bardzo zaczynam rozrabiać... Wstał, założył mi obróżkę i smycz (ojejku, pewnie znowu pojedziemy do tego strasznego "miasta"!) i rzeczywiście zaprowadził mnie do samochodu (już sama sobie wskoczyłam!) . No i miałam rację. Pojechaliśmy do miasta, ale tym razem nie było już tak strasznie, było mniej tych "ludzi" i mniej strasznych samochodów - "strachów". Pospacerowaliśmy sobie po tych "chodnikach", które głaszczą czasami tacy panowie w pomarańczowych ubrankach... Na tym spacerze Bankisia znowu zobaczyła, że za każdymi drzwiami stoją psy, takie same jak Bankisia... Baaaardzo dziwne! No cóż, trzeba było każdemu naszczekać... To było strasznie męczące... Pewnie dlatego, kiedy wróciliśmy do domu, zjadłam tylko troszeczkę chrupeczek i zaraz się położyłam, wyciągnęłam sobie zmęczone łapki i mocno zasnęłam... To był kolejny meczący dzień... A ile nowych wrażeń...

5 lutego 2004 roku
Jestem naprawdę "porządnym belgusiem"... i porządek musi być!!!

Nio! Nareszcie! 2:0 dla mnie. Ten mój pan to jakiś straszny "guzdrała"... I pani też chyba jakaś "niedojda"... Wyobraźcie sobie, że mój pan wczoraj wystawił za drzwi, na taras reklamówkę z popiołem, który wybrał z kominka... A dlaczego - gapa jedna - nie zaniosła tego od razu do tego czegoś co ma taką wielką "gębę" i kłapie? Przecież wiadomo, że to trzeba wynieść, prawda...? To mu pomogłam.:-))) A przy okazji będzie trawka lepiej rosła, hi, hi, hi..., bo ją posypałam tym popiołem... O jejku, jejku, tylko dlaczego tak się potem ze mnie kurzyło??? Acha, już wiem: bo jestem czarna i to pewnie dlatego...
A już zupełnie nie rozumiem dlaczego Pani ubrała róże w takie białe szmatki (prawie takie jak moja do zabawy). Przecież jest już cieplutko i nie ma mrozu... Nio, to przecież musiałam poodwijać różyczki , żeby miały powietrze... :-))) Fajnie się te gałganki odwijało, a co się musiałam nabiegać naokoło tych krzaczków... Długie te szmatki były , ale dałam radę! W końcu jestem "belgiem", prawda?
Ciekawa jestem kiedy wreszcie wyniesie się z mojego ogródka ten szczeniak (taki sam jak ja), który przychodzi zawsze wtedy kiedy Bankisia chce sobie popatrzeć przez drzwi balkonowe? W końcu mu dołożę... A teraz to pojawił się jeszcze jeden (a może to ten sam?) jak zaglądam do kominka... Ile jest tych psów w końcu!?
Nio, ale muszę już kończyć bo chyba zaraz pójdziemy pobiegać do ogródka . Wczoraj byłam z panem w sklepie i kupiłam sobie takie pyyyyszne herbatniczki, mniam... Będzie przednia zabawa! Pan kupił też jakąś taką małą strasznie cieniutko i cichutko świszczącą rureczkę, tylko nie wiem po co mu to potrzebne... hmmm? To nie pachniało jak paróweczka, albo coś innego pysznego do jedzonka dla Bankisi.... No cóż, zobaczymy... No już się nie mogę doczekać kiedy wreszcie pan wyjdzie ze mną na spacerek do ogródka... Pa, pa, na razie... Lecę coś zbroić... Może nasiusiam panu w przedpokoju? Wtedy od razu wyjdziemy na spacerek ...

Tajemnicza świszcząca rureczka...
Uff! Troszeczkę się dzisiaj "zganiałam"... Ale już teraz wiem po co mojemu panu ta metalowa rureczka cieniutko i cichutko piszcząca... Ona nie pachnie niczym do jedzenia dla Bankisi, ale "gwiżdże jedzonkiem":-))) . Jak ta rureczka gwizdnie, to Bankisia przybiega do pana i zaraz dostaje takie pyszniutkie psie ciasteczka... Mniam Bankisia lubi te ciasteczka i nawet jak się kłócę z tym rozszczekanym psem sąsiadów to też zaraz biegnę do pana, jak tylko ta rureczka zaświszcze... Warto... mniam... A mówię wam, jakie dobre jest jeszcze to coś, co się nazywa "aport"... Pyyycha!!! Bankisia dostała od cioci Ani takie małe czerwone, okrągłe (twarde ale leciutkie) i to się nazywa "piłeczka" (tak pan powiedział)... Jak przynoszę to panu to zaraz dostaję taki pyszniutki "aport"... Tylko muszę to czerwone i okrągłe szybciutko dogonić, złapać w ząbki i szybciutko zanieść panu... Pan te pyszne "aporty" trzyma w kieszeni, teraz już luzem, bo jak miał w torebeczce to gapa wysypał dużo "aportów" i Bankisia zjadła wszystkie, które wypadły ... hi, hi, hi... Ale z niego niedojda. Teraz się "wycwanił" i daje mi już tylko po jednym kawałku "aportu".
Oj, a teraz właśnie pogryzałam sobie taką malutką kosteczkę, którą pani mi dała z zupki i ... wypadł mi ząbek :-((( Co teraz będzie? Pan powiedział, że wyrasta mi już nowy, ale ja nie mogę go zobaczyć... A jak nie wyrośnie? To co wtedy będzie?... :-((( Ech, już chyba pójdę sobie spać. Może kociczka do mnie zajrzy na dobranoc. Pa, pa, Bankisia idzie spać... Trochę zmokłam wieczorem i pierwszy raz się zdarzyło, że pierwsza przyszłam pod drzwi... Ale pan był zdziwiony... No pewnie, on nie ma takiego ładnego, mięciutkiego futerka jak ja to sobie może moknąć jak chce. Ja nie zamierzam...

6 lutego 2004 roku
Dzień szósty - "straszny" jak inne, a do tego bolało (a może tak mi się tylko zdawało?) !!!

Dzisiaj pan znowu zabrał mnie do tego "miasta"... Dlaczego? Za co? Co takiego złego Bankisia zrobiła? :-((( To "miasto" jest takie okropne... Hałas, szum, zgiełk, te wszystkie warczące "strachy"- samochody... Potworność... A do tego jeszcze pan zaprowadził Bankisię do takiej niedobrej "cioci"... Udawała taką milutką: "Bankisiu, jaka ty jesteś milutka, słodziutka..." a potem wbiła mi taką igłę pod skórkę i bolało... :-((( . Potem już się Bankisi nawet biegać w ogródku nie chciało, tak było strasznie...
I co z tego, że pan powiedział, że to "dla dobra Bankisi", że tak trzeba, żeby Bankisia nie chorowała... A Bankisię i tak to bolało i Bankisia jest zła i smutna... Idę spać! Już więcej do tej niedobrej "cioci" nie pójdę... a zresztą ona juz nie jest moją "ciocią", bo ciocie są dobre, a ona jest niedobra... Ale ci "dwunożni" są niedobrzy...

7 lutego 2004 roku
Dzisiaj Pan siedział znowu przy tym "komputerze" i powiedział mi, że ci "belgomaniacy" się o mnie pytają! To oni o mnie wiedzą? I mnie znają? Hura!!! Bankisia jest sławna! Ale, ale... Podobno ciągle pytają co Bankisia "narozrabiała"... Ładnie to tak? Bankisia jest baaaardzo grzecznaaa i nie rozrabia... no, prawie nie rozrabia... ;-) . A jak tu dzisiaj rozrabiać, jak taka brzydka pogoda? Pada i pada... takie straszne wiatrzysko wieje: wiuuuu i wiuuuu, aż strach, brrrr... już mam całe futerko mokre i jak tak będzie dalej to całkiem mi się sfilcuje. To Bankisia woli sobie słodziutko i cichutko pospać, w ciepełku w domciu... Nawet Marujka śpi... i na mnie nie fuka... Po południu tylko troszeczkę chciałam panu pomóc i trochę chodniczka zwinęłam, żeby panu łatwiej było szurać po podłodze takim strasznie głośno warczącym strachem z długą rurą ...(to się nazywa "odkurzacz" - widzicie jaka jestem już mądra?:-) . Nawet tej rury nie ugryzłam... Grzeczna byłam... Jak zwykle... Trochę już zgłodniałam, bo rano udawałam, że nie chce mi się jeść i prawie nic nie zjadłam, tylko kilka tych kuleczek z miseczki...
Stadko mi się "rozlazło"... pani gdzieś poszła rano, dzieci też gdzieś poszły, a jak pan ich wszystkich zawoził tym warczącym strachem na kółkach to Bankisia była sama w domciu... z Marujką. Trochę było smutno, ale pan zaraz wrócił... I Bankisia nic nie "zmalowała" w domciu, ani, ani ciut ciut nawet... Nawet Bankisia nie nasiusiała. Aż pan miał taką strasznie dziwną minę jak przyszedł...

Tydzień Drugi
8 -10 lutego 2004 roku


8 lutego 2004 roku
O jejku, ale dzisiaj było fajnie i "zabawowo"! Ale mój pan miał śmieszną minę i jaki był zdziwiony... Tak bardzo, że aż mu "szczęka opadła"...Zaraz wam opowiem jak to było:
Jak codziennie poszliśmy sobie z moim panem na spacerek, a potem bawiliśmy sie w ogródku w te różne miłe i - co najważniejsze - baaardzo smaczne zabawy. Przynosiłam panu piłeczkę i jadłam te pyszne "aporty", poświstałam sobie smakiem paróweczki (to pan "świstał" a ja miałam smak paróweczki:-))... Kiedy już mi się to trochę zaczęło nudzić pan chyba chciał sobie zażartowac i powiedział do mnie "siad" i wyciągnął nad moim łebkiem swoją "łapę", która tak baaaardzo pachniała paróweczką, że aż ... usiadłam z wrażenia! "Klapnęłam" na pupę, aż miło! Potem pan to powtórzył, a Bankisia znowu: klap na pupę... hi, hi, hi... I to wtedy właśnie panu ta "szczęka opadła". Tak opadła, że aż "chrupnęło" o podłogę...
Pani chyba też była bardzo zadowolona, bo dała mi pyszną kostkę z zupki, ale już nie mogłam jej zjeść, bo miałam duuużo paróweczek w brzuszku... To sobie kostkę "zakopałam" pod dywanem :-))) Pan na pewno jej nie znajdzie i będę sobie mogła ją schrupać jutro...:-).
A wieczorkiem, do domciu przyszło znowu to coś w takie paseczki i mówiło "miau" i ja tego czegoś wcale nie zjadłam. Tylko sobie obwąchałyśmy pyszczki i wiecie co? Jej pyszczek i mój pyszczek pachniały tak samo : paróweczką... Dziwne, prawda? A pan mi powiedział, że to "coś" to jest kociczka i nazywa się Maruja... To, że to kociczka to ja już wiedziałam, ale, że Maruja to nie... Poprzyglądałyśmy się sobie, obwąchałyśmy się ... ale ona chyba była trochę zmęczona bo nie chciała się ze mną ganiać, to sobie poszłam do mojego ulubionego kącika i położyłam się, a Maruja poszła na górę... E, pewnie też jej się spać chciało. To był znowu bardzo męczący, ale przyjemny dzień...
Acha, a mój pan potem wieczorem usiadł do tego "komputera" i na tym forum "belgomaniaków" napisał, że z tym "siad" to żadne tam wielkie rzeczy, tylko się Bankisi po prostu udało!!! Wrrrr... To niby, że ja wcale nie jestem taka mądra, tak? Zdrrrajcaaaaa!!! Wrrrrr...
Pan powiedział, że jutro pojedzie gdzieś, do ... no jak to się nazywa? acha do Warszawy i tam gdzieś pójdzie gdzie zapisuje się takie pieski jak Bankisia, tylko już nie pamiętam jak to się nazywa... Już pan położył na stole moją metryczkę . A może bym ją sobie zjadła za to co o mnie wygadywał na tym forum "belgomaniaków"? E, lepiej nie, bo mnie jeszcze nie zapisze i nie będę mogła spotykać się z moimi siostrzyczkami i braciszkami, babcią, mamusią i koleżankami i kolegami Niech lepiej jedzie i zapisze...

9 lutego 2004 roku
Dzisiaj Bankisia strrrraaasznie się nudziła, bo pana nie było bo musiał pojechać gdzieś daleko i nie zabrał ze sobą Bankisi... Został tylko "Młody", ale z nim to nie było tak fajnie "zabawowo" jak z panem :-( Do Młodego zaraz przyszła jakaś Obca Młoda i nie zajmowali się tak bardzo Bankisią... Tylko troszkę byliśmy w ogródku i Młody rzucał mi piłeczkę, ale krótko, bo gapa jeden raz tak rzucił, że piłeczka wpadła pod taras, tak baaaardzo głęboko, że nie można jej wyciągnąć i się zgubiła i już... Może pan jak wróci to kupi mi nowa piłeczkę, chociaż szkoda tej starej - miałam ją od Cioci Ani:-(
Acha, a pan jak wyjeżdżał to powiedział, że gdzieś Bankisię zapisze, tylko nic z tego nie zrozumiałam... Do jakiegoś związku czy coś takiego i na jakąś wystawę... Co to takiego ten "związek" i ta "wystawa"? Co tam się robi?
Oj, jestem już strasznie głodna, bo od kilku dni jem tylko tak ciut-ciut, bo boli mnie pyszczek, a pan daje mi do jedzenia chrupeczki, a one są twarde... a Bankisi przecież wypadają ząbki... więc jak mam je gryźć?
Hura! Przyjechał Mój Pan! Powiedział, że już jutro Bankisia będzie miała swoją stronkę internetową! i swój adresik mail'owy! Pancio mi założył, ha . Na razie cała stronka jest jeszcze niegotowa, ale codziennie będzie coś nowego... A Mój Pan powiedział, że był w Warszawie i zapisał mnie do Związku, he... i zgłosił na wystawę... o jejku, jejku, co to będzie? Bankisia się boi i ma tremę... Bankisia musi się nauczyć być chociaż troszeczkę grzeczna... Jak to zrobić? jak to zrobić? Jakie to truuudne... Ale Bankisia ma jeszcze trochę czasu... może się nauczy? A na tych zdjęciach, które będą na stronce Bankisi, to Bankisia jest taaaka nieuczesana... bo trochę sobie poganiała i futerko się poczochrało...

10 lutego 2004 roku

Chlip... chlip... chlip Ale Bankisia się dzisiaj przestraszyłaaaaa, chlip... chlip... chlip . Raniutko wszyscy sobie spali i Bankisi się nudziło, a na takim czymś, na czym pan sobie kładzie różne rzeczy, przy fotelu leżała taka "szmatka" z falbankami i Bankisia złapała ją ząbkami i troszeczkę pociągnęła, a tu nagle taki huuuk... Bo na "tym czymś" stało takie "coś" szklane, do czego pan wrzuca takie papierowe rureczki jak przestaną się dymić... I to coś spadło na podłogę, zrobiło taki huuuuk i się rozprysnęło na drobne kawałeczki, a Bankisia schowała się za fotel. I pan musiał wyciągnąć potem takiego wielkiego hałasującego stracha z taką dłuuuugą rurą i głaskał nią podłogę i mówił Bankisi, że musi podłogę "odokruszyć" żeby Bankisi jakieś okruszki się w łapki nie wbiły...
Ale potem to już było fajnie... Poszliśmy zaraz z panem do ogródka i Bankisia zaraz naszczekała wszystkim psom we wsi, a najbardziej to tej Sabie od sąsiadów. Pyskata jedna... Dzisiaj jest fajna zabawa, bo nic się nie leje na Bankisie i Bankisia ma suche futerko... Bawiliśmy się piłeczką, i ganiałam pana (bawiliśmy się w berka ) i pan, niedojda, nie mógł mi uciec . Zaraz pójdziemy znowu do ogródka, a może gdzieś dalej na spacerek...
Wróciliśmy ze spacerku bardzo głodni... To znaczy nie wiem jak pan, ale ja byłam baaardzo głodna... bo od kilku dni jadłam bardzo malutko... I wiecie co? Nareszcie pan pomyślał i dawał dzisiaj Bankisi jedzonko rozmiękczone. I Bankisia mogła zjeść, bo już brzuszek burczał z głodu Bankisia zjadła obiadek, a teraz po spacerku porządną kolacyjkę i może sobie pospać (ale przedtem wytarłam sobie pyszczek o miękki chodniczek ). Bankisia przecież nie mogła jeść chrupeczek bo ząbki bolą Bankisię . Dzisiaj znowu zgubiłam następny ząbek (jak szarpałam się rano z tą falbanką na tym... no, aha: stoliczku (pani tak powiedziała ). Już myślałam, że pan się nie domyśli i nie namoczy mi jedzonka... Nio, jak jeszcze trochę popracuję nad panem to będzie prawdziwym belgiem:-) Nauczę go "kombinować", jakem Bankisia!

Tego co działo się później, nie da się opisać dzień po dniu!

Trochę się tego w 2004 roku nazbierało:) Pańcio był uparty i mnie strrrrasznie "mordował" wożąc prawie przez cały rok po całej Polsce!!! Okropność... Zaczęło się od "przedszkola" dla młodych psiaków! Na początku było strasznie, ale później zrobiło się bardzo milutko!!! :)))) Aż żal było Bankisi rozstać się z tą pierwszą psią "uczelną"... Pańcio dostał dyplom (hihihi...) a Bankisia torbę smakołyków... Mniammm:)))).
W przedszkolu Bankisia nauczyła się troszeczkę różnych rzeczy (trochę "liznęłam" agility i przestałam się bać tuneluJ), a przede wszystkim zrozumiałam, że inne pieski też są fajne i można się z nimi pobawić. I teraz już Bankisia może bawić się z wszystkimi grzecznymi psiaczkamiJ.
No i oczywiście mój Pancio nie "popuścił" i nie darował mi wystaw! Potworność! A zaczęło się od takiej dużej wystawy w Warszawie. Potem była Łódź i Płock. Wszędzie Bankisia była w klasie szczeniaczków i zawsze sama... L Ale po Płocku zaczęło się na serio! Z Płocka zamiast prosto do domciu pojechaliśmy do hodowli po moją siostrzycę Bonari i z nią dopiero przyjechaliśmy do domu. Od tego dnia na wystawy jeździmy już razem... No, na dwóch Bona była beze mnie... A co zwojowałyśmy na tych wystawach, możecie przeczytać w dziale "Wystawy".
Ale to jeszcze nie wszystko, bo Pańcio się strrrrasznie uparł i jeździmy od sierpnia do następnej szkółki, bo mamy zrobić PT... No i ćwiczymy, ćwiczymy i ćwiczymy... Ufff... Ciężki jest żywot Bankisi - naprawdę "psie życie" :)))

Siostrzane Archiwum

· kwiecie 2008
· luty 2008
· grudzie 2007
· sierpie 2007
· czerwiec 2007
· kwiecie 2007
· marzec 2007
· wrzesie 2006
· sierpie 2006
· lipiec 2006
· czerwiec 2006
· kwiecie 2006
· marzec 2006
· luty 2006
· sierpie 2005
· lipiec 2005
· czerwiec 2005
· maj 2005
· marzec 2005
· luty 2005
· stycze 2005


Owczarki belgijskie, belgi, Tervueren, Malinois, Groenendael, owczarek belgijski, owczarki, belgijskie